Żyjemy w świecie pełnym kłamst, chamsta i narastajacego syfu. Ciągłe problemy i przytłaczająca rzeczywistość nieziemsko męczą.
Nie myślę o tym jak bardzo jest źle, bo jak nie myślę to trochę tak jakby nie było problemu. Mimo to że on i tak jest, że mam syfne studia, syfne życie i syfne perspektywy na przyszłość, a otaczające mnie jedno wielkie 'coś' zwane światem mogę okreslić jednym słowem - syf. Ale w takich momentach, gdy emocje biorą górę, oczy zamykają się na wszystko i jedyne co jestem w stanie z siebie wykrzesać to pesymistyczne myśli, zamykam się na to wszytsko. Pakuję kolorowy dres, złożony z kilkunastu warst, biorę torbę i idę na tańce. I jestem szczęśliwa, że w całym tym syfie jest jeszcze coś co potrafi sprawiać mi przyjemność i dawać niezliczoną ilość szczęścia. Reszta kompletnie mnie nie interesuje. Ale potem wracam do domu, do notatek, książek, zapchanego terminami kalendarza, do życia i wszytsko ponownie mnie przytłacza. Wystarczy, że zamknę oczy by ponownie znaleźć się tam skąd właśnie wróciłam, a czuję jak odpieram całe zło tego świata spadające na moją osobę. Bo co z tego że znowu nic nie umiem na egzamin?Co z tego, że jak zwykle ilość poprawek przerasta moje mozliwości, skoro czas na naukę poświęciłam na jedyną na świecie czynność, która potrafi wyzwolić mój umysł i ciało?
I tu pada pytanie: co tak naprawdę w życiu jest ważne? Ważne jest to, by iść przez życie zgodnie z wyznaczonymi odgórnie zasadami czy podążanie za marzeniami, nawet jeśli są to marzenia nie do spełnienia?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz